Youngtimery – część 1 – Ford Sierra

Nie jestem miłośnikiem Fordów, ale jest taki jeden model, który wywołuje we mnie bardzo pozytywne emocje. Nie umiem ich za bardzo uzasadnić, bo samochód nie jest w żaden sposób unikatowy ani ekskluzywny. Ba, nie jest to nawet flagowy okręt tej zasłużonej dla historii motoryzacji marki. Mimo to, napęd na tylne koła i ponadczasowa sylwetka to czynniki powodujące, że na mojej liście samochodów, które chciałbym kiedyś mieć Ford Sierra plasuje się bardzo wysoko.

Moje pierwsze spotkanie ze Sierrą miało miejsce w 1996 roku. Miałem wtedy kilka lat, a sam samochód pamiętam jak przez mgłę. Pozostały jedynie fotografie w rodzinnym albumie, na których piękna przedliftingowa Sierra dumnie prezentuje swój czerwony lakier. Z opowieści Ojca wiem, że diesel o pojemności 2.3 litra zimą zaskakiwał wszystkich swoim bezproblemowy rozruchem w mocno ujemnych temperaturach, co nie było wówczas taką oczywistą cechą jednostek napędzanych olejem napędowym.

Kolejną styczność z Fordem Sierrą miałem w 2010 roku, kiedy to pokonałem za kierownicą białego sedana z wolnossącym 2.0 DOHC raptem kilkanaście kilometrów. Niby niewiele, ale pozwoliły mi one poczuć klimat tego wozu. Jest nie do powtórzenia w jakimkolwiek innym aucie. Pozycja za kierownicą wyjątkowa – niska i rasowa, a skierowana w stronę kierowcy deska rozdzielcza przywołuje jak najlepsze skojarzenia z BMW. Egzemplarz, którym jeździłem miał dość nietypową pracę skrzyni biegów, ale wynikało to z faktu, że miałem do czynienia z autem nie do końca seryjnym. Największym atutem tego samochodu był jednak silnik, który bardzo, podkreślam bardzo przyjemnie wkręcał się na obroty i pozwalał w pełni cieszyć się napędem na tył.

Właśnie za sprawą całego układu napędowego Sierra zyskała sobie miano świetnego w prowadzeniu auta. Co zaskakujące, dość rzadko spotyka się ten model na zawodach driftingowych, co dziwi tym bardziej, że Ford montował pod maską motor o pojemności 2.8 litra legitymujący się mocą 162KM oraz 2.0 turbo z 204KM lub 220KM (wersja RS500). Imponujące wartości, które do dziś robią piorunujące wrażenie.

Sierra była dostępna w kilku wariantach nadwozia. Oprócz sedana, liftbacka i kombi, można było zamówić również wersję coupe, która w tej chwili obok odmiany Cosworth jest najbardziej poszukiwana. Na Allegro co jakiś czas pojawiają się unikatowe egzemplarze kosztujące często horrendalne kwoty. Mi osobiście bardziej podobają się wersje po liftingu, który miał miejsce w lutym 1990 roku. Po ośmiu latach od wprowadzenia auta na rynek! W dzisiejszych czasach to wręcz niewyobrażalne. Co się w Sierze zmieniło? Przód pojazdu, deska rozdzielcza, kształt zderzaków. Głównie detale, ale dodające dużo uroku. Sporą bolączką Fordów z tamtego okresu była korozja, której nie oparła się większość z wyprodukowanych Sierr. To najważniejszy przyczyna coraz mniejszej ilości tych aut na drogach, nawet w roli wołów roboczych.

Bezpośrednim następcą Sierry jest Mondeo, który debiutował w 1993 roku. Nie chcę być złośliwy, ale naprawdę trzeba mieć nierówno pod kopułą, żeby pasjonować się tym wozem. Mówię tak pewnie dlatego, że nie prowadziłem wersji ST. Niemniej jednak seryjna odmiana jest równie pasjonująca co turniej szachowy. Może kogoś kręcić, ale powszechnie uważany on będzie za dziwaka.

Po 2010 roku nie miałem już okazji jeździć, ani nawet zasiąść w Sierrze. Coraz mocniej korci mnie jednak, żeby spróbować wykonać ruch w tym kierunku. Tym bardziej, że pod moim domem parkuje na co dzień całkiem zadbany liftingowy sedan z naklejką klubu SierraFan… Jeśli będę miał możliwość odbycia przejażdżki, na pewno podzielę się wrażeniami z Wami!

Dodaj komentarz